Piątek 13-nastego, rozsypana sól,
czarny kot przebiegający drogę... Takich przesądów jest wiele. Zabobony dotyczą
już niemal każdej dziedziny życia. Wiążą się z ważnymi momentami bądź zwykłymi,
codziennymi czynnościami. Niektórzy w nie wierzą, podpasowując całe swoje życie
pod tych kilka zdań stworzonych przez naszych przodków. Zasad, które bez naszej
wiary nie mogą się spełnić. To my, Ty wmawiasz sobie, że będziesz miał pecha.
Przydarzy się coś złego, a może wręcz przeciwnie - dobrego. Sterując swoimi myślami
możesz nakierowywać je na lepsze, lub gorsze drogi. Przesądy powinny być co
najwyżej dodatkiem pojawiającym się od czasu do czasu w życiu człowieka. Główny
bohater filmu pt. "Dzień świra" podporządkował pod nie każdy dzień.
Szczególnie wierzył w magię cyfry
7. Pił 7 łyków wody, 7 razy mieszał herbatę, dopiero po 7 sekundach od
zagotowania się wody, zalewał kawę. Nie umiałby inaczej. Nie chciał. Polegał na
symbolice tej cyfry uznawanej za symbol związku czasu i przestrzeni.
Potrzebował on porządku w swoim życiu. Popadł w monotonię, która w jego
mniemaniu była czymś normalnym. Miał swoje nawyki. Czerpał przyjemność z
najprostszych rzeczy, do których zazwyczaj nie przykłada się zbyt dużej uwagi.
Satysfakcję sprawiał mu wieczór na kanapie, z pilotem w ręku oraz papierosem w
drugiej dłoni. Rozkoszował się momentem przełączania kanałów telewizyjnych.
Tylko tyle potrzebował, by odczuć szczęście. Choć przez moment. Krótką chwilę.
Szczęście, którego z jednej strony pragnął, a z drugiej sam chciał się go
pozbawić. Szczęście u boku kobiety, którą nadal kochał.
Niby o tym marzył, jednak nie
wiele robił, by zmienić swe życie. Jego dzień był rutyną. Tytułowy świr nie
umiałby odnaleźć się w sytuacji, gdy wszystko dzieje się spontanicznie. On
musiał mieć swój harmonogram. Miał też swój świat. Niewidoczny. Do którego nie
wpuszczał obcych ludzi. To był świat jego marzeń, w którym jednak dominował
ból. Wewnętrzna walka o życie. Strach przed śmiercią. Żal straconych okazji.
Gniew spowodowany błędami poprzednich lat. Przewidzenia. Samotność.. Ból
rozładowywany uderzeniami kijem w wyimaginowane osoby. Bicie w piach będące
rozpaczliwym wołaniem o pomoc.
Potrzebował kogoś, kto go
zrozumie. Tak po prostu. Kogoś, kto przebiję się przez wytworzoną barierę
odizolowującą bohatera od świata zewnętrznego. Oddalającą od ludzi, którzy
mieli zbyt wiele irytujących nawyków i zachowań. Osób, które uniemożliwiały mu
spokojny odpoczynek. Zakłócali jego ciszę pozbawiając momentu odczucia
szczęścia. Wchodzili ze swymi brudnymi butami w jego nadzwyczaj czysty świat.
Świat, w którym prawdziwy przyjaciel przydałby się bardziej niż kolejna garść
białych tabletek przed snem...

Dzięki za tekst... bardzo sobie cenię kino Koterskiego. Jak żaden inny reżyser potrafi odmalować postaci targane przez wewnętrzne siły, demony, czarne chmury, jak zwał tak zwał... to kino, którego bohaterowie posiadają rozbudowane życie wewnętrzne i cierpią, nie jest im do śmiechu, a widz zalewa się łzami. Jakie to polskie...
OdpowiedzUsuńze śmiechu rzecz jasna... Pozdrawiam ;)
OdpowiedzUsuńCzęsto ludzie zbyt pochopnie oceniają tego typu filmy, które opowiadają o wewnętrznym cierpieniu bohatera. Nie dostrzegają tego problemu... śmieją się, bo sytuacja wygląda na zabawną, choć tak naprawdę w ogóle nie jest. Gratuluję, że to dostrzegłeś i również pozdrawiam :)
UsuńSam lepiej bym tego nie ujął :)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że tekst przypadł do gustu :)
Usuń