SEKS, SEKS, SEKS! Czy to nie
główny powód, który przyciągnął do kin rzesze tłumów żądnych ujrzenia filmu
"50 twarzy Greya"? Zobaczenia tego świata, w którym dominuje
pożądanie ujawniające najbardziej skrywane w głębi tajemnice. Jednak od hitu do
kitu krótka droga. Szczególnie, gdy jest to produkcja, która zrobiła wokół
siebie więcej zamieszania przed premierą, niż w trakcie kinowych seansów. Film,
który nie zasłużył na miano arcydzieła.
Omawiana produkcja była na
językach już prawie rok przed jej premierą. Wokół filmu zrobiło się wiele
szumu, a na facebokoowym wydarzeniu, Wezmę udział zaznaczyło ponad
80 tysięcy osób. Coraz to kolejne osoby czytały książkę, która określana była
mianem bestselleru. Taka moda. Przyznaję się — również jej uległam. Dzięki temu
zrozumiałam film. Inaczej byłoby to znacznie utrudnione.
Film zdecydowanie odradzam
osobom, które wcześniej nie sięgnęły do książki. Po co oglądać coś, co nie
łatwo ogarnąć? "Wtf?!" —z taką myślą wyszła z kina moja przyjaciółka,
która specjalnie nie poznała wcześniej tej historii. Ja znałam, więc miałyśmy
bardzo dobre porównanie co do naszych wrażeń i reakcji. Ja byłam rozczarowana,
a ona rozbawiona.
Największą wadą produkcji jest
skrócenie początkowego etapu historii na rzecz jej środka. Dość powierzchownie
przedstawiony jest rozwój znajomości pomiędzy głównymi bohaterami. Zachowane są
najważniejsze fragmenty, lecz zgodnie z zasadą indukcji najpierw powinno poznać
się szczegół a dopiero potem sięgać do tego, co ogólne. Jednak film pozostawił
dedukcję w kwestii widzów. Pokazał nam ogólniki, z których wnioski każdy
powinien wyciągnąć sam. Coś co pozostawała do rozważenia w naszej wyobraźni...
i nie mam tu na myśli scen łóżkowych. W filmie nie było ich dużo. W porównaniu
do książki, można rzec, że w filmie było ich tyle, co nic. Drukowana wersja tej
historii jest przesiąknięta momentami, które są słownym opisem seksu. Przeplatanego
niekiedy, lecz rzadko, miłością.
Miłością Any do Christiana.
Szarego, w którego rolę wcielił się Jamie Dornan. Przez wielu oceniany za mega
ciacho, które idealnie nadaję się do tej roli. Moim zdaniem? Jest ok. Tyle. Podobne zdanie mam o Dakocie Johnson. Jednak jej rola była znacznie trudniejsza. To ona pokazała na ekranie całe swoje ciało i to nie raz.
Wśród wad znalazła się także
perełka. Jest nią soundtrack. Muzyka została nagrana specjalnie na potrzeby
tego filmu. Stanowi ona miód dla uszu. Idealnie komponuje się a klimatem tej
historii. Playlisty złożonej z utworów pochodzących z tej produkcji, słucham
prawie non stop. Jest niesamowita i będzie gościć u mnie jeszcze przez długi
czas. Słucham i dopasowuje do niej całość historii zawartej w książce.
Uwzględniam rozważania Any, podteksty Christiana i ich żarciki, które w filmie
zostały przeoczone. Pozostały w kolejce zbędnych informacji.
Bronie książki i będę to robić. Wiem, że wiele osób mnie za to hejtuje, lecz spodobała mi się. Do tego stopnia, że sięgnęłam po drugą część, która jednak
nie zdobyła mojego uznania. Pozostające rozczarowanie powstrzymuje mnie przed
sprawdzeniem trzeciej części. W wolnej chwili po nią sięgnę. Może zdążę to
zrobić przed kolejnym "bum!" związanym z pojawieniem się drugiej
części historii nieziemskiego szarego i zwykłej dziewczyny. W sieci już można
znaleźć teksty dotyczące powstania ekranizacji drugiej części historii Greya.
Jednak czy przyciągnie ona kolejne tłumu? Po takiej dawce kiczu jaką widziałam
w tym tygodniu, nie sądzę.

Genialnie napisana recenzja, czytałam ciągiem, cholera, a powinnam się uczyć, no nic książkę czytałam, ale na film nawet nie miałam okazji się wybrać, bo rodzice nie pozwolą, a kłamać nie lubię. Może obejrzę kiedyś, ale tak jak ty ja zawsze będę bronić książki
OdpowiedzUsuńDziękuję za miłe słowa, mam nadzieję, że przeczytanie recenzji było tylko przerywnikiem w Twojej nauce. Inaczej - miałabym wyrzuty sumienia, że zajęłam Twój przeznaczony na obowiązki czas ;) Jeśli czytałaś książkę to możesz obejrzeć dla porównania, choć i tak nie pobije to papierowego wydania.
UsuńFakt, książki nie czytałam, a do kina trafiłam...przez przypadek :D
OdpowiedzUsuńFilm po prostu dupy nie urwał, nie było w nic wyjątkowego. Piszesz, że w ekranizacji pojawiło się o wiele mniej scen łóżkowych niż w książce - wiesz, gdyby były to ten film byłby zapewne czystym pornosem. Najgorsze jest to, że za jakiś czas (albo już) gimby pościągają z Internetów ten film i będą się jarać seksem, myśląc, że on tak w rzeczywistości wygląda. Prawda zaboli za jakiś, gdy zrozumieją, że to tylko fikcja literacka ;)
Zapewne tak - byłby pornosem. Takie wrażenie można odnieść czytając książkę.. Jednak mam na myśli nie tylko sceny łóżkowe, ale także inne sytuacje, które zostały pominięte. Szczególnie początek, który prawie nie zawiera erotycznych scen i prezentuje przede wszystkim poznawanie się głównych bohaterów. To jest warte poznania...
UsuńCiekawe rozważania :) myślę, że młode osoby już mają ten film na swoim komputerze i oglądają w zaciszu swojego pokoju, a zarazem "poznają" dorosłość.