czwartek, 19 lutego 2015

Boski Grey w tandetnym wydaniu


SEKS, SEKS, SEKS! Czy to nie główny powód, który przyciągnął do kin rzesze tłumów żądnych ujrzenia filmu "50 twarzy Greya"? Zobaczenia tego świata, w którym dominuje pożądanie ujawniające najbardziej skrywane w głębi tajemnice. Jednak od hitu do kitu krótka droga. Szczególnie, gdy jest to produkcja, która zrobiła wokół siebie więcej zamieszania przed premierą, niż w trakcie kinowych seansów. Film, który nie zasłużył na miano arcydzieła.


Omawiana produkcja była na językach już prawie rok przed jej premierą. Wokół filmu zrobiło się wiele szumu, a na facebokoowym wydarzeniu, Wezmę udział zaznaczyło ponad 80 tysięcy osób. Coraz to kolejne osoby czytały książkę, która określana była mianem bestselleru. Taka moda. Przyznaję się — również jej uległam. Dzięki temu zrozumiałam film. Inaczej byłoby to znacznie utrudnione.

Film zdecydowanie odradzam osobom, które wcześniej nie sięgnęły do książki. Po co oglądać coś, co nie łatwo ogarnąć? "Wtf?!" —z taką myślą wyszła z kina moja przyjaciółka, która specjalnie nie poznała wcześniej tej historii. Ja znałam, więc miałyśmy bardzo dobre porównanie co do naszych wrażeń i reakcji. Ja byłam rozczarowana, a ona rozbawiona.

Największą wadą produkcji jest skrócenie początkowego etapu historii na rzecz jej środka. Dość powierzchownie przedstawiony jest rozwój znajomości pomiędzy głównymi bohaterami. Zachowane są najważniejsze fragmenty, lecz zgodnie z zasadą indukcji najpierw powinno poznać się szczegół a dopiero potem sięgać do tego, co ogólne. Jednak film pozostawił dedukcję w kwestii widzów. Pokazał nam ogólniki, z których wnioski każdy powinien wyciągnąć sam. Coś co pozostawała do rozważenia w naszej wyobraźni... i nie mam tu na myśli scen łóżkowych. W filmie nie było ich dużo. W porównaniu do książki, można rzec, że w filmie było ich tyle, co nic. Drukowana wersja tej historii jest przesiąknięta momentami, które są słownym opisem seksu. Przeplatanego niekiedy, lecz rzadko, miłością.

Miłością Any do Christiana. Szarego, w którego rolę wcielił się Jamie Dornan. Przez wielu oceniany za mega ciacho, które idealnie nadaję się do tej roli. Moim zdaniem? Jest ok. Tyle. Podobne zdanie mam  o Dakocie Johnson. Jednak jej rola była znacznie trudniejsza. To ona pokazała na ekranie całe swoje ciało i to nie raz.

Wśród wad znalazła się także perełka. Jest nią soundtrack. Muzyka została nagrana specjalnie na potrzeby tego filmu. Stanowi ona miód dla uszu. Idealnie komponuje się a klimatem tej historii. Playlisty złożonej z utworów pochodzących z tej produkcji, słucham prawie non stop. Jest niesamowita i będzie gościć u mnie jeszcze przez długi czas. Słucham i dopasowuje do niej całość historii zawartej w książce. Uwzględniam rozważania Any, podteksty Christiana i ich żarciki, które w filmie zostały przeoczone. Pozostały w kolejce zbędnych informacji.

Bronie książki i będę to robić. Wiem, że wiele osób mnie za to hejtuje, lecz spodobała mi się. Do tego stopnia, że sięgnęłam po drugą część, która jednak nie zdobyła mojego uznania. Pozostające rozczarowanie powstrzymuje mnie przed sprawdzeniem trzeciej części. W wolnej chwili po nią sięgnę. Może zdążę to zrobić przed kolejnym "bum!" związanym z pojawieniem się drugiej części historii nieziemskiego szarego i zwykłej dziewczyny. W sieci już można znaleźć teksty dotyczące powstania ekranizacji drugiej części historii Greya. Jednak czy przyciągnie ona kolejne tłumu? Po takiej dawce kiczu jaką widziałam w tym tygodniu, nie sądzę.

4 komentarze:

  1. Genialnie napisana recenzja, czytałam ciągiem, cholera, a powinnam się uczyć, no nic książkę czytałam, ale na film nawet nie miałam okazji się wybrać, bo rodzice nie pozwolą, a kłamać nie lubię. Może obejrzę kiedyś, ale tak jak ty ja zawsze będę bronić książki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa, mam nadzieję, że przeczytanie recenzji było tylko przerywnikiem w Twojej nauce. Inaczej - miałabym wyrzuty sumienia, że zajęłam Twój przeznaczony na obowiązki czas ;) Jeśli czytałaś książkę to możesz obejrzeć dla porównania, choć i tak nie pobije to papierowego wydania.

      Usuń
  2. Fakt, książki nie czytałam, a do kina trafiłam...przez przypadek :D
    Film po prostu dupy nie urwał, nie było w nic wyjątkowego. Piszesz, że w ekranizacji pojawiło się o wiele mniej scen łóżkowych niż w książce - wiesz, gdyby były to ten film byłby zapewne czystym pornosem. Najgorsze jest to, że za jakiś czas (albo już) gimby pościągają z Internetów ten film i będą się jarać seksem, myśląc, że on tak w rzeczywistości wygląda. Prawda zaboli za jakiś, gdy zrozumieją, że to tylko fikcja literacka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne tak - byłby pornosem. Takie wrażenie można odnieść czytając książkę.. Jednak mam na myśli nie tylko sceny łóżkowe, ale także inne sytuacje, które zostały pominięte. Szczególnie początek, który prawie nie zawiera erotycznych scen i prezentuje przede wszystkim poznawanie się głównych bohaterów. To jest warte poznania...

      Ciekawe rozważania :) myślę, że młode osoby już mają ten film na swoim komputerze i oglądają w zaciszu swojego pokoju, a zarazem "poznają" dorosłość.

      Usuń