Pajęczyna. Sieć, która z pozoru wydaję się być cienka i
słaba, lecz wciąga. Do momentu, w którym uświadamiasz sobie, że już nie
wyjdziesz. Czekasz do końca, do samego finału, do ostatniej chwili. Czując
niepewność tego, co się zdarzy, powiązaną z nutą ciekawości. - Tak niekiedy działają filmy. Przyznam się,
że mało która produkcja potrafi mnie całkowicie zaabsorbować. Sprawić, że ani
na moment nie będę chciała odejść od laptopa, by zaparzyć kolejny kubek
zielonej herbaty. Będę oglądać bez żadnych rozkojarzeń poświęcając temu 100
procentową uwagę. Film pt. "Dziewczyna z tatuażem" osiągnął w tej
kwestii sukces.
Ekranizacja bestsellerowej powieści - rzadko kiedy jest ona
równie dobra, jak sama książka. Zazwyczaj spotykam opinię, że drukowana wersja
danej historii jest lepsza. Działa własna wyobraźnia, a nie ta wykreowana przez
reżysera filmu. Jednak w filmie "Dziewczyna z tatuażem" jest miejsce
na snucie własnych przypuszczeń odnośnie przebiegu śledztwa. Panująca przez
cały czas seansu zagadkowość, intryguje z każdą kolejną minutą. Nie nudzi, lecz
zachęca. Rozbudza ciekawość i chęć odkrycia prawdy. Myśląc o tym filmie, w
mojej głowie dominuje jedno słowo - tajemnica. Perfekcyjnie utrzymana przez tak
szybko upływające 2 i pół godziny.
Poznajemy tytułową dziewczynę nie wiedząc o niej praktycznie
nic. Pojawia się jako osoba bardzo dobra w swym fachu. Sprytna. Niezmiernie
inteligentna. Przede wszystkim nieodkryta. Owiana zagadką, której nie odkrywamy
do końca wraz z ostatnim klapsem filmowym. Owszem, wiadomo więcej o bohaterce,
lecz wciąż mało. Ona znika. Po prostu. Pojawia się, by pomóc rozwiązać
specyficzną sprawę. Odkryć historię, której nikt by się nie spodziewał. Wykonuje
swoje zadanie, próbując przy tym zdobyć coś więcej. Osiągnąć szczęście przy
boku mężczyzny. Ujawnia się tu jej cząstka kobiecości głęboko schowanej pod
codziennym wizerunkiem pewnej siebie i niezależnej kobiety ceniącej wygodę i
luz. Buntowniczki kroczącej własną drogą. Skrzywdzonej... Osoby, na której przeszłość zostawiła
niewytarty ślad. Tę najgorszą bliznę. W duszy. Nie sercu pękniętym na wskroś. Duszy,
która nie potrafi odciąć się od przeszłości i zapomnieć. Duszy, która choć w
małym stopniu chce zemścić sie za to, jak było. Odczuć satysfakcje płynącą z
zadośćuczynienia. Nie tego pozytywnego, którego każdy by chciał. Rewanżu w myśl
przysłowia: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Zemsty. Nie na konkretnej
osobie, lecz na sposobie zachowania bądź nawet tylko pozorach.
Odwet, który nie towarzyszy jedynie filmom. Sam może go
znasz? Ktoś Cię nie lubi, rani tylko dlatego, że przypominasz mu osobę z
nieprzyjemnej przeszłości, o której chce zapomnieć. Dziewczyna mści się na
Tobie, bo były chłopak ją zdradził. Mężczyzna Twojego życia bawi się Tobą by
odreagować to, że kiedyś ktoś lekceważył jego uczucia, czego konsekwencje były
dla niego bolesne. Robi to, by sam poczuć się lepiej. Odnieść złudny sukces.
Chwilowe szczęście i przewagę. Szczycić się zwycięstwem, a nie, doświadczoną
wcześniej, porażką. Być "kimś".
Nie lepszym, innym. Wersją siebie, której może już nie
będziesz chciał znać... Warto?

Film jest super, choć oglądałam go dość dawno i niektóre sceny mi w pamięci umknęły. Jednak, gdy czytam to, co napisałaś, pojawiają mi się przed oczami wyrwane obrazy z filmu. :)
OdpowiedzUsuńAle to fakt, ludzie lubią się odgrywać na niewinnych osobach, czasem przypadkowych, by poczuć ulgę. Tę wewnętrzną. Przez to tak wiele się traci- przyjaźni, znajomych, rodzinę i nowe miłości, które przez chorą zemstę, a raczej tę ulgę- o której mówimy- nie ma szans na rozwój dalszej miłosnej znajomości. Ale takie jest życie, tacy jesteśmy my- ludzie.
Podobno tak naprawdę doceniasz, jak już stracisz. Fajnie jest poczuć ulgę, lecz lepiej nie tego rodzaju, o której tu mowa. ;)
Usuń