niedziela, 7 września 2014

Wyobraźnia - wolna czy uciśniona?


Przeczytam książkę i obejrzę film... albo nie! Obejrzę film i przeczytam książkę. Który wybór jest lepszy? W każdym przypadku można trochę zyskać, trochę stracić. Ja wybrałam pierwszą opcję. Czytałam książkę, która całkowicie pochłonęła mój wolny czas. Dokładniej książkę znanego na całym świecie amerykańskiego pisarza. Stephen King. Nazwisko znane przez większość. Słyszane przez niemal każdego. Wychwalany autor. Rzadko kiedy krytykowany. Dla niezaznajomionych z jego twórczością osób, kojarzony jest po prostu z dobrymi powieściami. To prawda, lecz King słynie z czegoś bardziej konkretnego. To mistrz grozy. Horror, strach, niepewność. Te 3 słowa idealnie pasują do napisanych przez niego utworów. Osobiście nie lubię takich klimatów. Czemu więc w ogóle miałam odwagę sprawdzić jego dzieła? Dla mnie kojarzył się z "Zielona milą". Dokładniej z filmem, a nie książką. Świetną produkcją z niesamowitym przesłaniem. Poza tym chciałam przekonać się, czy szum wywołany wokół tego prostego nazwiska rzeczywiście ma sens. Ma. Nie zawiodłam się. Wręcz zachwyciłam. Przeczytałam książkę pt. "Cmętarz zwieżąt". To był początek przygody ze światem grozy umieszczonym w książkach Kinga. Światem tak chętnie prezentowanym w filmach.

Znaczna ilość utworów Stephen'a King'a doczekała się swych filmowych adaptacji. Ekranizacji znanych na całym świecie. Lubianych. Chętnie oglądanych. Chyba każdy zna takie filmy jak wspomniana "Zielonamila", "Skazani na Shawshank" bądź "Carrie". Wyjątkowe ze względu na niebanalne historie o których opowiadają. Ostatnio obejrzałam dość stary film stworzony na podstawie jedynej książki King'a, którą do tej pory przeczytałam. Produkcja z 1989 r. - "Smętarz dla zwierzaków". Tytuł z błędem, lecz nie zwykła literówka. Przemyślany zabieg. Nawiązujący do historii magicznego "smętarza". Miejsca dziwnego, lecz będącego przykrywką dla czegoś jeszcze bardziej niezwykłego. Związanego nie z tym światem, innym. Światem do którego nie powinno się zaglądać zbyt wcześnie. Światem, którego lepiej nie znać. Nigdy nie poznać. Jednak nie zawsze to my decydujemy. Główny bohater "Smętarza dla zwierzaków" - Louis - dowiedział się o magicznej mocy danej Ziemi za sprawą swego sąsiada Jud'a. Przekazane informacje były pomocne. Z pozoru... W ostatecznym starciu to tajemne moce wygrały. Osiągnęły władzę nad umysłem mądrego mężczyzny. Stłumiły zdrowy rozsądek. Przygasiły myśli o negatywnych skutkach czynu. Stworzyły złudzenia tego, jak może być znów pięknie. Doprowadziły do stanu, którego nie można było cofnąć. Odwrócić. Przemilczeć...

Pominąć tak istotnych fragmentów zawartych w książce. Książce po przeczytaniu której byłam zachwycona a zarazem oszołomiona jednym prostym pytaniem: czemu on to zrobił? Odpowiedź nie powinna być skomplikowana. Tęsknota. Smutek. Chęć przywrócenia szczęścia. Pozbycia się wyrzutów sumienia. Powrotu pięknego życia, które jest na wyciągniecie ręki, bądź raczej zrobienie kilkunastu kroków przed siebie. Bez patrzenia w dół. Bez zawracania...

Może bez większych emocji. Emocji, których, moim zdaniem, zabrakło w tym filmie. Niby były. Jednak inne. Napięcie sytuacji nie było tak mocno zbudowane, jak przy czytaniu książki. "Cmętarz zwieżąt" czytało się z zapartym tchem. Poruszyły mnie opisy odczuć. Przemyśleń bohaterów. Przemyśleń, które argumentowały czyny Louis'a. Tlumaczyły go przed samym sobą. Wydłużały czas czytania, lecz działały na wyobraźnie. Szczególnie przy jednej scenie prezentującej Louis'a nad grobem swego syna. To tam walczył on z samym sobą, z tym co logiczne, a co nie. Z tym co rozsądne, a co lepsze. Tam miał jeszcze szansę zrezygnować i powrócić do normalnego życia... Jak było w filmie? Krótka scena pokazująca to, co robi. Bez większego wgłębiania się w ten moment. Bardzo istotny. Mający to coś.

Podobne odczucia miałam co do sceny filmowej śmierci Victor'a Pascow'a, w której została pominięta ponad połowa wypowiadanych przez niego słów. Równie istotnych. Już na samym początku uświadamiających o czymś niezwykłym. Słów zastąpionych powtarzanym często zdaniem - "W głębi serce mężczyzny jest z kamienia". Tu odkryłam plus tego filmu, czyli dialogi wprost "wyjęte" z książki. Zacytowane. Owszem były i zmienione fragmenty tekstu, lecz dla mnie (osoby niedawno czytającej książkę) stanowiły one mniejszość. Bardzo mi się to spodobało. Słuchając oryginalnych zdań, przypominałam sobie fragmenty książki. Może to był mój błąd? Nie skupiłam się w pełni na filmie. Znałam przedstawianą historię. Cały czas zwracałam uwagę na sposób jej prezentacji. Porównywałam co zostało, co zniknęło, jakie zmiany. Dość krytycznie odniosłam się do tej wersji filmu. Wciąż było mi za mało. Zbyt mało. Liczyłam na więcej... Jednak jak streścić ponad 400-stu stronnicową książkę w krótkim czasie? Twórcy filmu zrobili to w około stu minutach. Czy można by wydłużyć czas filmu i ująć wszystko? Pewnie tak. Jednak decyzji Louis'a nie dało się cofnąć, więc czy tu warto to zmieniać... 


6 komentarzy:

  1. Kinga bardzo lubię czytać, choć większość ekranizacji jego powieści są naprawdę średnie lub złe. Niektóre tylko pozycje są naprawdę godne uwagi. Książki jeszcze nie czytałem, ale mam zamiar w najbliższym czasie po nią sięgnąć. Post świetnie napisany. Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem film "wygrywa" nad książką, lecz w przypadku powieści Kinga to się nie sprawdza. Dziękuję za miłe słowo, również pozdrawiam. :)

      Usuń
  2. Zawsze pierwsza kolejność. Najpierw książka, później film. A King jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Jak na razie przeczytałam z 20 jego książek :)
    Ale ich ekranizacja... Hm... Jak ktoś czytał książki, to filmy wydają się być średnie. :)

    http://geocachingpomojemu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej zgadzam się z Twoim ostatnim zdaniem! :) Jeszcze nie przeczytałam aż tak wielu jego książek, ale wciąż szukam nowych pozycji. :)

      Usuń
  3. Hej, dzięki za komentarz. Właśnie przeglądam Twojego bloga, bardzo emocjonalne wpisy. Świetnie się czyta, ciekawa interpunkcja - osobiste przez to prawdziwe. Nie spotkałem się z jeszcze z taką formą zagłębiania się w materię filmową. Super... Będę polecać i wpadać (dodane do obserwowanych). Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam :)

      Usuń