![]() |
Znaczna ilość utworów Stephen'a King'a doczekała się swych
filmowych adaptacji. Ekranizacji znanych na całym świecie. Lubianych. Chętnie
oglądanych. Chyba każdy zna takie filmy jak wspomniana "Zielonamila", "Skazani na Shawshank" bądź "Carrie". Wyjątkowe
ze względu na niebanalne historie o których opowiadają. Ostatnio obejrzałam
dość stary film stworzony na podstawie jedynej książki King'a, którą do tej
pory przeczytałam. Produkcja z 1989 r. - "Smętarz dla zwierzaków".
Tytuł z błędem, lecz nie zwykła literówka. Przemyślany zabieg. Nawiązujący do
historii magicznego "smętarza". Miejsca dziwnego, lecz będącego
przykrywką dla czegoś jeszcze bardziej niezwykłego. Związanego nie z tym
światem, innym. Światem do którego nie powinno się zaglądać zbyt wcześnie.
Światem, którego lepiej nie znać. Nigdy nie poznać. Jednak nie zawsze to my
decydujemy. Główny bohater "Smętarza dla zwierzaków" - Louis -
dowiedział się o magicznej mocy danej Ziemi za sprawą swego sąsiada Jud'a.
Przekazane informacje były pomocne. Z pozoru... W ostatecznym starciu to
tajemne moce wygrały. Osiągnęły władzę nad umysłem mądrego mężczyzny. Stłumiły
zdrowy rozsądek. Przygasiły myśli o negatywnych skutkach czynu. Stworzyły
złudzenia tego, jak może być znów pięknie. Doprowadziły do stanu, którego nie
można było cofnąć. Odwrócić. Przemilczeć...
Pominąć tak istotnych fragmentów zawartych w książce.
Książce po przeczytaniu której byłam zachwycona a zarazem oszołomiona jednym
prostym pytaniem: czemu on to zrobił? Odpowiedź nie powinna być skomplikowana.
Tęsknota. Smutek. Chęć przywrócenia szczęścia. Pozbycia się wyrzutów sumienia.
Powrotu pięknego życia, które jest na wyciągniecie ręki, bądź raczej zrobienie
kilkunastu kroków przed siebie. Bez patrzenia w dół. Bez zawracania...
Może bez większych emocji. Emocji, których, moim zdaniem,
zabrakło w tym filmie. Niby były. Jednak inne. Napięcie sytuacji nie było tak
mocno zbudowane, jak przy czytaniu książki. "Cmętarz zwieżąt" czytało
się z zapartym tchem. Poruszyły mnie opisy odczuć. Przemyśleń bohaterów.
Przemyśleń, które argumentowały czyny Louis'a. Tlumaczyły go przed samym sobą.
Wydłużały czas czytania, lecz działały na wyobraźnie. Szczególnie przy jednej
scenie prezentującej Louis'a nad grobem swego syna. To tam walczył on z samym
sobą, z tym co logiczne, a co nie. Z tym co rozsądne, a co lepsze. Tam miał
jeszcze szansę zrezygnować i powrócić do normalnego życia... Jak było w filmie?
Krótka scena pokazująca to, co robi. Bez większego wgłębiania się w ten moment.
Bardzo istotny. Mający to coś.
Podobne odczucia miałam co do sceny filmowej śmierci
Victor'a Pascow'a, w której została pominięta ponad połowa wypowiadanych przez
niego słów. Równie istotnych. Już na samym początku uświadamiających o czymś
niezwykłym. Słów zastąpionych powtarzanym często zdaniem - "W głębi serce
mężczyzny jest z kamienia". Tu odkryłam plus tego filmu, czyli dialogi
wprost "wyjęte" z książki. Zacytowane. Owszem były i zmienione
fragmenty tekstu, lecz dla mnie (osoby niedawno czytającej książkę) stanowiły
one mniejszość. Bardzo mi się to spodobało. Słuchając oryginalnych zdań,
przypominałam sobie fragmenty książki. Może to był mój błąd? Nie skupiłam się w
pełni na filmie. Znałam przedstawianą historię. Cały czas zwracałam uwagę na
sposób jej prezentacji. Porównywałam co zostało, co zniknęło, jakie zmiany.
Dość krytycznie odniosłam się do tej wersji filmu. Wciąż było mi za mało. Zbyt
mało. Liczyłam na więcej... Jednak jak streścić ponad 400-stu stronnicową
książkę w krótkim czasie? Twórcy filmu zrobili to w około stu minutach. Czy
można by wydłużyć czas filmu i ująć wszystko? Pewnie tak. Jednak decyzji
Louis'a nie dało się cofnąć, więc czy tu warto to zmieniać...
.png)
Kinga bardzo lubię czytać, choć większość ekranizacji jego powieści są naprawdę średnie lub złe. Niektóre tylko pozycje są naprawdę godne uwagi. Książki jeszcze nie czytałem, ale mam zamiar w najbliższym czasie po nią sięgnąć. Post świetnie napisany. Pozdrawiam ;)
OdpowiedzUsuńCzasem film "wygrywa" nad książką, lecz w przypadku powieści Kinga to się nie sprawdza. Dziękuję za miłe słowo, również pozdrawiam. :)
UsuńZawsze pierwsza kolejność. Najpierw książka, później film. A King jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Jak na razie przeczytałam z 20 jego książek :)
OdpowiedzUsuńAle ich ekranizacja... Hm... Jak ktoś czytał książki, to filmy wydają się być średnie. :)
http://geocachingpomojemu.blogspot.com/
Jak najbardziej zgadzam się z Twoim ostatnim zdaniem! :) Jeszcze nie przeczytałam aż tak wielu jego książek, ale wciąż szukam nowych pozycji. :)
UsuńHej, dzięki za komentarz. Właśnie przeglądam Twojego bloga, bardzo emocjonalne wpisy. Świetnie się czyta, ciekawa interpunkcja - osobiste przez to prawdziwe. Nie spotkałem się z jeszcze z taką formą zagłębiania się w materię filmową. Super... Będę polecać i wpadać (dodane do obserwowanych). Pozdrowienia.
OdpowiedzUsuńDziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam :)
Usuń