środa, 29 października 2014

Szpital w głowie


Po co zmieniać coś, do czego się już przywykło? Komplikować swoje spokojne i uporządkowane życie. Wprowadzać chaos. Zamęt, który w ostateczności może przynieść więcej korzyści niż strat. Nie wszyscy rozumieją sens takich działań. Wiedział o nim główny bohater filmu pt. "Lot nad kukułczym gniazdem" - Randle Patrick McMurphy.

Trafił on do szpitala psychiatrycznego. Nie wiedział czego może się tam spodziewać. Miał złudne wyobrażenia, że wariat jest szalony. Tak też zachowywał się przychodząc pierwszy raz do szpitala. Śmiał się, hałasował, gadał bzdury. Szybko przekonał się, że szaleni ludzi nie są tak "stuknięci", jak się ich definiuje. Są spokojni. Często aż nazbyt. To zasługa dyscypliny, lekarstw i monotonii spowodowanej tymi samymi zajęciami każdego dnia. Rutyny, której nikt nie chce zmieniać. Jedynie McMurphy chciał by było inaczej. Próbował on wprowadzić zmiany w harmonogramie zajęć. Namawiał innych pacjentów. Przekonywał. Próbował, choć nie było to łatwe zadanie. Jednak nie zrezygnował po pierwszej odniesionej porażce. Chciał coś zmienić, chciał, by Ci ludzie mieli szansę zrobić coś innego niż dotychczas. Pragnął pokazać im inne możliwości spędzania wolnego czasu.

Jednak oni byli oporni. Obawiali się zmian. Nie chcieli ich. Pasowała im ta rutyna, porządek. Część z nich nie była już aż tak chora, by przebywać w ośrodku. Zostawali tam z przyzwyczajenia. Tam ich akceptowano. Mimo panującego rygoru wprowadzonego przez pielęgniarkę, woleli podporządkować się jej poleceniom, niż postawić na swoim. Nie mieli odwagi, by rozpocząć życie na własną rękę. Początkowo samotne życie. Ewentualnie z niewielką liczbą sprzyjających im ludzi obok siebie. Oni czuli się wykluczeni ze społeczeństwa. Przekreśleni. To właśnie przez to odczucie nawet nie próbowali podjąć prób, ku wyjściu ze szpitala. Brakowało im tej wewnętrznej siły, która pchnie ich w przód. Nie wierzyli, że poza murami ośrodka może być dobrze. Już nie.

To główny bohater dążył do tego, by "ocalić" te ludzkie życia. Niekiedy widział ich jako warzywa. Bezwładne, z pokorą oczekujące na kolejną dawkę tabletek. Choć nie miał takiego zamiaru, przywiązał się do innych pacjentów. Walczył nie tylko o swoją wolność, ale o ich swobodę także. Szczególnie pokładał nadzieję w młodym chłopaku imieniem Billy. Wiedział, że ma on jeszcze całe życie przed sobą. Może zdobyć świat, znaleźć miłość, osiągnąć sukces. Oddzielała go od tego jedynie jedna bariera - szpital. Ta przeszkoda stopowała jego drogę. Nie pozwalała zrobić kolejnego kroku w drodze do lepszego życia. Takiego, jak mają wszyscy. Normalnego.. Jednak wyjście z budynku to nie tylko fizyczny ruch. To przekroczenie własnych barier, pokonanie lęku, strachu. Postawienie się samemu sobie.. 

3 komentarze: