Wzruszenie. Chyba taką reakcję
powinny wywoływać niektóre oglądane filmy. Chyba..., bo szczerze mówiąc nie
wiem czy aby na pewno. Przyznam, że mało która produkcja sprawia, że pod mymi
powiekami zaczyna gromadzić się woda wypływająca jako łzy ociekające po
policzkach. Być może mam przysłowiowe serce z kamienia. Jednak film pt.
,,Gwiazd naszych wina" spowodował, że nie obeszło się bez sięgnięcia po
chusteczkę.
Lovestory opowiadające o
młodzieńczej miłości. Wydaje się to być takie banalne... To właśnie to uczucie
dominuje we wspomnianym filmie. Istotne, lecz nie ze względu na opis związku
dwojga ludzi ta produkcja zdobyła moje uznanie. Tym czymś była choroba.
Dokładniej - pogodzenie się z nią. Główni bohaterowie chorowali na raka. Mieli
świadomość, że kolejnego dnia mogą się nie obudzić. Wiedzieli, że czeka ich
śmierć, która prawdopodobnie nastąpi szybciej niż u zdrowych ludzi. Bali się.
Jednak umieli o tym rozmawiać. Nawet, a może przede wszystkim, ich własna
śmierć nie stanowiła dla nich tematu tabu. Wyobrażali sobie swoje pogrzeby.
Mieli już przygotowane stroje na te okazje. Napisali mowy pożegnalne dla siebie
nawzajem.
Brzmi pesymistycznie? Faktycznie
ich życie nie było łatwe. Chłopak z amputowaną nogą, dziewczyna z rurką i
plecakiem wypełnionym butelką tlenu bez której nie da rady oddychać. Pewnie
większość osób załamałaby się będąc w ich sytuacji.., lecz oni walczyli. Ok!
Początkowo również nie było im łatwo i trochę czasu zajęło im pogodzenie się z
chorobą, która zmieniła ich dotychczasowe życie. Jednak uświadomili sobie, że
nie mogą się poddać. Chcieli spędzać czas tak, jak młodzi ludzie. Chcieli żyć
"pełną piersią". Pokonywali swe ograniczenia. Jak nikt inny,
wiedzieli, że trzeba czerpać radość z każdej chwili. Pragnęli jak najlepiej
wykorzystać pozostały im czas. Nie zwracali uwagi na opinie innych. Odnaleźli
szczęście, w które już zdążyli zwątpić.
W sumie najbardziej wzruszyła
mnie scena "przedpogrzebu" Augusta. Nawet sam sposób mówienia o tym.
Świadomość jego nieodległej śmierci smuciła.. lecz nie załamywała ich.
Potrafili się śmiać, żartować z czegoś co z reguły powinno wyzwalać smutek i
spokój, a nawet płacz. Nie dlatego, że nie rozumieli co oznacza śmierć i
pogrzeb. Wiedzieli to nazbyt dobrze, więc czemu mieli traktować to inaczej niż
resztę spraw? To etap życia. Przykry, lecz nieunikniony. Oglądając ten epizod
trochę im pozazdrościłam. Mieli szansę powiedzieć ukochanej osobie ostatnie
słowa. Mogli wyrzucić z siebie wszystko, co chcieli. Mogli się z nią
pożegnać...
Świadomość i akceptacja własnej
choroby, ułatwiły także ich rodzinom pogodzenie sie z przyszłością. Nie jest to
łatwe, lecz możliwe. Wszystko przychodzi z czasem. Najpierw śmierć dziecka
wydaje się być czymś nierealnym.. potem zostaje jedynie czymś co zaboli. Jeśli
rodzic nie może zmienić tego, co się wydarzy, pragnie tylko jednego - szczęścia
dziecka choć przez moment. Uśmiechu. Radości ze spełniających się marzeń.
Wszystkiego, co pozwoli jak najlepiej wykorzystać pozostały czas.
Czemu jeszcze spodobał mi się ten
film? Dwa słowa: szczerość i prawdziwość. Nie ma tu przesłodzonych sytuacji,
przerysowanych postaci. Oglądając to miałam wrażenie, że ta historia dzieje się
naprawdę. Tuż koło mnie. W sumie.. czy nie może tak być?

"Czemu jeszcze spodobał mi się ten film? Dwa słowa: szczerość i prawdziwość. Nie ma tu przesłodzonych sytuacji, przerysowanych postaci. Oglądając to miałam wrażenie, że ta historia dzieje się naprawdę. Tuż koło mnie. W sumie.. czy nie może tak być?" - esencja tego filmu :)
OdpowiedzUsuńdokładnie tak :)
Usuń